sobota, 7 marca 2015

Wielki Brat Patrzy - Gruzja

W Gruzji zostałam po prostu powalona życzliwością ludzi. Na każdym kroku, podchodzili, pytali się, pomagali, kobieta w marszrutce ni stąd ni zowąd podarowała nam ciastka. Czasem w komunikacji wystarczy  uśmiech. Gruzini to bardzo ciepły, rodzinny naród.
Co mnie bardzo zdziwiło, to że na gruzińskiej dyskotece młodzież z wielką przyjemnością tańczy narodowy taniec- lezginkę. Nie wyobrażam sobie, żeby np. w klubie w Warszawie zaraz po hicie Shakiry poleciał polski tradycyjny mazur i my ochoczo podrywamy się do takiego właśnie mazura. Miałam też okazję wysłuchać gruzińskich toastów. Toasty w Gruzji to rzecz święta wygłasza go zawsze tamada czyli  mistrz ceremonii podczas supry (uczty) na Kaukazie, zwykle  mężczyzna, który cieszy się szacunkiem i potrafi wygłaszać oratorskie toasty. Wojciech Góreki w swojej książce "Toast za przodków" pisze: "Dobry tamada potrafi zdobyć się na oryginalną myśl nawet przy toastach najoczywistszych: za ojczyznę i za najbliższych. Najlepsi porywają się na toasty - przypowieści i toasty - minitraktaty filozoficzne, zwieńczone brawurową puentą. Najlepsi z najlepszych przechodzą do historii - na równi z wielkimi poetami."



























W Gruzji rodzina to rzecz święta. Gruzini z wielkim szacunkiem odnoszą się do osób starszych. Wojciech Górecki rozmawia z dwoma policjantami i tak to opisuje:" - Nie wiem, co będzie, może kolejna wojna?- zastanawiał się Rusłan, najbardziej rozmowny z policjantów. - Nie wiem, komu wierzyć, kto nas nie oszuka. Może ty wiesz?A może wasi starcy wiedzą? Właśnie, co polscy starcy sądzą o Gruzji?
Wiele miesięcy wcześniej podobne pytanie usłyszałem w Groznym: co polscy starcy sądzą o Czeczenii?Starcy byli ostatnią deską ratunku- oni pamiętali co było za cara, i pamiętali tych, którzy pamiętali, jak wybuchła pierwsza wojna kaukaska, a tamci pamiętali...Kaukascy starcy muszą mieć na wszystko odpowiedź, ale czasy zmieniają się szybko, dużo szybciej niż kiedyś, trudno to wszystko ogarnąć. Co szkodzi spytać o zdanie polskich starców?".



life is perfect

Miałam kiedyś takie marzenie, żeby nauczyć się jeździć konno, jednak zawsze było mi coś nie po drodze. Podczas podróży po Maroko oddaliliśmy się jakieś 15 km za miejscowość  Essaouira. Na plaży tego dnia było więcej wielbłądów niż ludzi. Był to bardzo wietrzny dzień. W oddali zobaczyłam spacerującego człowieka, który prowadził swojego podopiecznego- przepięknego białego konia. Niewiele myśląc podeszłam do nich i zaczęłam rozmawiać z chłopakiem. Po chwili byłam już w trakcie konnej przejażdżki nad brzegiem morza, a w tle zachodzące słońce. Marzenie się jeszcze nie spełniło, ale  ta chwila sprawiła, że przypomniała mi się ścieżka dźwiękowa z The Milion Dollar Hotel i pewien tekst, który tu zacytuję:
"Wow. After I jumped, it ocurred to me. Life is perfect. Life is the best, full of magic, beauty, opportunity, and television. And surprises...lot's of surprises, yeah. And then there's the best stuff, of course. Better than anything anyone ever made up, 'cause it's real."


po połowach marlina

Pisałam już o Zanzibarze, ale... jest jedno zdjęcie, które darzę szczególnym sentymentem. Chodząc po plaży i zaglądając w każdy kąt udało mi się zaobserwować pewną sytuację. Pewien człowiek złowił wielkiego marlina, którego zamierzał następnie sprzedać na codziennym targu rybnym. Ryba była tak wielka, że ledwo ją ciągnął po piasku. Zastanawiałam się jak długo  musiał z nią walczyć, żeby ją wyciągnąć z wody, czy ktoś mu pomagał, czy może jest już tak wprawnym rybakiem jak Santiago z powieści Ernesta Hemingwaya "Stary człowiek i morze".

 Udało mi się uwiecznić licytację marlina. 



niedziela, 22 lutego 2015

Człowiek obok mnie - Bereko Village, Tanzania


Zdjęcia zostały zrobione podczas wizyty w Bereko village, podczas
podróży po Tanzanii. Udało nam się zebrać dary od ludzi w
Polsce (długopisy, ołówki, książki do nauki języka angielskiego,
książki w języku angielskim, malowanki, ekierki, piłki, itp.),
przywieźliśmy je dla dzieci ze szkoły z tejże wioski. Spotkanie miało
miejsce w budującym się sierocińcu. Większość z tych dzieci nie ma
rodziców, związane jest to z wysoką umieralnością na AIDS i malarię.
Wszystkim osobom, które pomogły nam w zbiórce, jak i same przyczyniły się do tego, że przywieźliśmy tych rzeczy całkiem sporo, dziękuję z całego serca.





















A na plażach Zanzibaru...

W grudniu 2011 r. pojechałam z przyjaciółmi na wyprawę do Kenii i Tanzanii, uwieńczeniem trudnych warunków podczas pobytu w Ngorongoro i Serengeti  był odpoczynek na wyspie Zanzibar. Zanzibar słynie ze wspaniałych przypraw, pięknego koloru Oceanu Indyjskiego.
Na wyspie istnieją liczne plantacje goździkowca i palmy kokosowej, które są głównymi towarami eksportowanymi z wyspy. Wyspa ma też swoja czarną kartę w historii. W XVII w. wyspa stała się głównym punktem wywozu niewolników pojmanych we Wschodniej Afryce.
Bardzo dobrze rozwinięte tu jest tradycyjne rybołóstwo. Rybak sam zwykle robi swoją łódź zwaną dhow. Dhow jest bardzo wąska, robi się ją z drzewa mango, gdyż to drzewo jest najmocniejsze i najtrwalsze. Rybacy wracający z połowów zwykle około godziny 16 spotykają się na targu rybnym, gdzie licytują złowione przez siebie ryby, które następnie lądują na stołach najdrożych hoteli na wyspie.
My, że mieszkaliśmy u Aliego mogliśmy sami złowić sobie ryby i poprosić kucharkę o jej przygotowanie. Jednego dnia wybraliśmy się w rejs właśnie na dhow. Jest to łódka bardzo wąska i niewygodna, z jednym żaglem. Podczas, gdy mijaliśmy turystów na nowoczesnych łodziach z silnikiem nasza była napędzana siłami wiatru. Nikomu z nas nie udało się niestety złapać dużej ryby, ale nasz towarzysz, który był też naszym kapitanem złowił pięknego red snappera. W podziękowaniu za całodzienny rejs podarował nam go. To była najlepsza kolacja jaką kiedykolwiek miałam okazję jeść.
















wtorek, 17 lutego 2015

W poszukiwaniu zaginionego czasu - Laos


„Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.”
Ryszard Kapuściński

Tak jestem zarażona podróżą, i chyba nigdy się z niej nie wyleczę
Laos... kocham mentalność, sposób bycia, sposób odnoszenia się do drugiego człowieka. Piękność dzikiej, zachowanej jeszcze natury i przyrody. Szacunek do drugiego człowieka.  Laotańczycy obawiają się ekspansji Chin. Boją się, ze Chińczycy postawią tamy na Mekongu i po nim zostanie jedynie mała wąska rzeczka, a obecnie jest to wielki, życiodajny Mekong.
Poniższe zdjęcia zostały zrobione podczas wizyty w wioskach plemion Hmong i Khamu.